poniedziałek, 23 września 2013

Lastag, czyli Sandmanowie otwierają lokal...

Wy, którzy tu wchodzicie, porzućcie wszelką nadzieję…

Wskutek wielkiego wybuchu nuklearnego świat się skończył. A raczej zatrzymał się w miejscu w latach 50., dekadzie jazzowych standardów, w czasach, kiedy triumfy święcił Frank Sinatra, a w kinach wyświetlano obrazy z Audrey Hepburn, Jamesem Stewartem czy Cary Grantem, za kamerą stawał wielki mistrz Hitchcock, a za pędzel chwytał Jackson Pollock. Rzeczywistość byłaby sielanką, a my jeździlibyśmy Royce Rollsami w kolorze kawy z mlekiem, gdyby nie to, że jedyną szansę na przeżycie mieliby zgromadzeni w tajnej bazie wojskowej, Lastag, współczesnej Arce Noego, ziemi wybranej.




Przekraczasz granice codzienności – szepczą nam do ucha twórcy nowo powstałego lokalu Lastag. Lokalu, którego otwarcie Sandmanowie objęli swoim skromnym patronatem.

Bo w końcu w naszym mieście wybuchła bomba! I to dosłownie. Powstało miejsce w postnuklearnym klimacie, utopia, której wystrój i atmosfera zatrzymała się kilka dekad w tył. Miejsce, w którym piękne pin-upowe dziewczęta doleją ci czwartą filiżankę kawy, a ty zapewnisz swoim przeciwnikom sromotną klęskę w Scrabble (toż współcześni rycerze intelektem przede wszystkim wojują!); w którym spędzisz wieczór w towarzystwie gwiazd starego kina; w którym zmiękną ci kolana przy słodkim akompaniamencie Deana Martina. A jeśli od Gregory Pecka wolisz męską facjatę Bruce’a Willisa, wystarczy, że wejdziesz piętro wyżej i skryjesz się w mroku labiryntu do laserowych rozgrywek.




Oficjalne otwarcie z wąsem już 28.09 (tu info) Zagrają, zaśpiewają i zatańczą Bracia Figo Fagot, będzie i Boże-Boże-Boże-Bożenka, i ciepłe hot-dogi. My jednak zostaliśmy wybrani do superelitarnej grupy testowej i tajne podwoje Lastagu będziemy zwiedzić wcześniej. Jak było? O tym już jutro na sandmanowym fanpage, chodzą słuchy, że będziemy mieć dla Was niezłe suweniry ;)

Osławione granice codzienności będzie można przekraczać w lokalu Lastag od soboty 28.09. w mieście Białystok, przy ulicy Handlowej 1. 

środa, 10 lipca 2013

Weekend ze Smakiem, tańce hulańce i same dobre rzeczy

Dlaczego tak długo przybieraliśmy się do napisania relacji z wrocławskiego Weekendu ze Smakiem? Ach, by pielęgnować w sobie wspomnienia, włączać w głowie replay i odtwarzać piękne obrazy, mieć tematy do długich rozmów tylko we dwoje. Tak, drodzy Państwo, Wrocław zawrócił nam w głowach, blogerski Weekend ze Smakiem naładował pozytywnie, a festiwal Europa na Widelcu na długo pozostanie w naszej pamięci. Czym był Weekend ze Smakiem? Blogerskim świętem, niesamowitym spotkaniem z innymi gotującymi, smakującymi, piszącymi, którym w głowie tylko steki, tarty i muffinki z wielką gracją, sprytem i pomysłem zorganizowanym przez team tworzący portal Cooklet, czyli Martę, Grześka, Kasię i Rafała, jako event towarzyszący Europie na Widelcu, wydarzeniu promującemu polską i europejską kuchnię, produkty regionalne, tradycyjne receptury.

A to było tak.

Piątek. Godzina 6 rano. Wsiadamy do pociągu, zajmujemy wyznaczane miejsca. Współpodróżujący tworzą nowe definicje intymności lub jej braku. Wiemy wszystko o pani Heni, co nerki dla kotka zostawiła w lodówce na dolnej półce, w foliowej torebce; poznajemy bliżej Radka, który moszcząc się w kolejnych i coraz bardziej wymyślnych pozycjach nie pozostawia niedomówień w temacie dziur w swoich skarpetkach czy koloru bielizny. Po dwóch książkach, 6 kanapkach, jednej wodzie i batoniku z orzeszkami, punkt 17, jesteśmy na miejscu. Pozostali blogerzy już podbijają Wrocław, tylko my – tułacze z Białegostoku – zostajemy w tyle. W hotelu czeka na nas wór niespodzianek – w tym Cookletowe koszulki w twarzowym kurczaczkowym kolorze. Opanowujemy jednak modowe dylematy i doganiamy grupę. Idealny timing, choć ominął nas obiad, zdążyliśmy w sam raz na spotkanie z Robertem Makłowiczem i Piotrem Bikontem, patronami festiwalu. I co? Normalne, fajne chłopaki, co potrafią godzinami opowiadać o regionalnym winie, dobrym serze, tradycyjnych nalewkach czy pomyśle powstania wrocławskiego święta kucharzy, nie nudząc się dziesiątkami pytań. Co potem? Zwiedzanie restauracji Art. Hotelu (a tę orkiszowa zupę to jak pan robi?), zaglądanie w garnki, na zaplecza, dotykanie akcesoriów i wąchanie przypraw. Ale hola, hola! Noc jeszcze młoda! Jedziemy więc na piękny pokaz fontann. Komary wypijają naszą blogerska i aromatycznie przyprawioną krew nie zważając na krzyki, Cooklet jednak przychodzi z odsieczą szybko psikając nas Offem. A później? Już tylko kolorowe drinki, harce i wesołe tańce do rana. Tak, proszę Państwa. To nie plotki, że we Wrocławiu nawet Pan Sandman tańczy…


Dzień drugi rozpoczęliśmy warsztatami z fotografem kulinarnym Pauliną Kolondrą, której zdjęcia mogliśmy widzieć m.in. w magazynie „Kuchnia”, oraz Sylwią Muchą, która wspomogła nas swoją wiedzą techniczną. Okazało się, że na świecie jest więcej takich osób jak my, przeczesujących opuszczone domy, zabierających stare stołki ukradkiem spod śmietnika, z lubością wpatrujących się w kolejną zaśniedziałą łyżeczkę. Paulina <3

Po garści teorii dostaliśmy blaty, talerzyki i materiały – hulaj dusza, piekła nie ma! Choć kiedy brakowało „tego talerzyka” czy pięknie wyprofilowanej marchewki, trzeba było uciekać się do podstępu. Stworzyliśmy zgrabny duet z Olgą z Waniliowej Chmurki i Bartkiem, który jest Facetem na talerzu. Szalenie interesujące było podglądanie, jak inni podchodzą do tematu fotografii. Różniło się niemal wszystko, od preferencji związanych ze światłem, parametrami, kończąc na akcesoriach czy samej kompozycji.


I wreszcie trafiliśmy do samego serca kulinarnej Europy – na festiwal Europa na Widelcu. Kilka dni wcześniej kucharze wrocławskich restauracji w pocie czoła przygotowywali wyśmienite dania kuchni europejskiej, które potem wypełniły 21 stoisk na rynku. Zupa orkiszowa, słoweński gulasz barani, greckie sagonki, zupa piwna, ziemniaczana, creme brulee ze szparagami, bliny, soljanka… Mimo wielu prób nie udało nam się wszystkiego próbować. W przerwie między jednym kęsem a drugim podglądaliśmy, jak na scenie radzą sobie Paulina ze Smakowitego Kąska, Magda z Rogalika, Dorota z Dorota Smakuje i Kasia z Chilli Bite, które przy akompaniamencie muzyki i naszych smakowitych odgłosów gotowały dania ze szparagami (toż Europa na Widelcu była jednocześnie wielkim świętem szparaga!). Czy ich przepisy znalazły się w serwisie Cooklet oraz w Cookletowej aplikacji na tablety? Tego nie wiemy, ale kiedy tylko znajdziemy się w kuchni, sprawdzimy. W końcu szparagi już czekają!

Już to widzimy.... nie wierzycie nam, że było tak fajnie. Oto dowód. Wszystko to najprawdziwsza prawda:


Ściskamy kochany Cookletowy team oraz towarzyszących nam współbiesiadników, czyli Dorotę z Dorota smakuje, Tomka z Zajadam, Magdę z Rogalika, Sylwię z Happiness is homemade, Agatę z Eksperymentalnej Kuchni, Paulinę ze Smakowitego Kąska, Olgę z Waniliowej chmurki, Anię z Addio Pomidory, Bartka z Faceta na Talerzu, Kasię z Chilli Bite oraz Paulinę Kolondrę Time for Dessert prowadzącą wraz z Sylwią Aparat Kuchenny, Piotrka z Ikony, Anię z Ruda to nie kolor.

Mr. & Mrs. Sandman


P.S. więcej zdjęć znajdziecie w naszej facebookowej galeriiiiiiii :)

czwartek, 4 lipca 2013

Tarta mleczna na Światowy Dzień Mleka

Mamy szczęście należeć do pokolenia, które na własne oczy widziało krowę. Ba! Piło nawet mleko prosto od krowy, gęste i jeszcze ciepłe, słodkie i smakujące trawą. I to jak się piło! Ścigając się, kto pierwszy, chwaląc się białymi wąsami, wyrywając sobie kubek z rąk. 
Ile czasu minęło? Chyba całe stulecia i epoki. Mleko jednak nadal pijemy litrami, opowieści o ich szkodliwości wkładając między bajki. I oczywiście jako dzieci na mleku chowane, dodatkowo okazy zdrowia, które w życiu żadnej kosteczki nawet nie ułamały wierzymy w jego zbawienne właściwości. O co chodzi z tym mlekiem?... Już tłumaczymy! 

Bez względu na wiek z zaprzyjaźnić się z mlekiem warto. Co prawda, nie musimy już wypijać jego 3-4 szklanek (co zaleca się dzieciom w wieku szkolnym), nie powinniśmy jednak wyłączać go z naszej codziennej diety. Zależy nam szczególnie na wapniu (aby ząbki były zdrowie i mocne!), który w tej postaci, ze względu na obecność kazeiny, jest bardzo dobrze przyswajalny. W końcu wapnia w dwóch szklankach mleka jest tyle, ile aż w kilkunastu kilogramach sałaty! Co jeszcze? Witaminy z grupy B, A, D, fosfor, potas – wszelkie bogactwo minerałów i superpierwiastków. Mleko według naukowców pomaga w zrzucaniu zbędnych kilogramów, chroni przed chorobami, daje nam energię, sprawia, że nie jesteśmy ospali w ciągu dnia. A i lico piękniejsze, skóra jędrniejsza, cera bardziej promienna. Nic dziwnego, ze ludy prasłowiańskie składały swoim bogom ofiary z mleka… choć my na takie marnotrawstwo byśmy się nie zdecydowali ;)

I wreszcie… dlaczego o tym wszystkim piszemy? Nie wystarczyłoby: cześć, upiekliśmy mniamniusią tartę z kremem mlecznym? Ano nie, dziś Światowy Dzień Mleka. Wnosimy toast szklanką mleka: na zdrowie! :)


Tarta z kremem mlecznym i karmelizowanymi jabłkami

Składniki:

Spód:
250 g mąki pszennej
150 g zimnego masła
70 g drobnego cukru
szczypta kardamonu
2 łyżki zimnej wody

Krem:
1 3/4 szkl. pełnego mleka
esencja waniliowa
5 żółtek
½ szkl. cukru
1/3 szkl. mąki pszennej
2 średnie jabłka
odrobina cynamonu


Czas przygotowania: 90 min. (w tym czas na chłodzenie i pieczenie)
Porcje: 12


Wyciągnięte prosto z lodówki masło kroimy w kostkę, wrzucamy do miski z pozostałymi składnikami. Następnie rozcieramy masło palcami – uzyskamy okruchy o konsystencji piasku. Ugniatamy ciasto i kiedy stanie się gładkie, elastyczne i błyszczące zagniatamy je w kulę, owijamy folią i odstawiamy do lodówki na pół godziny. Dzięki niskiej temperaturze stanie się kruche i delikatne. Wyjmujemy ciasto, wałkujemy je i wykładamy na tartownicę (wcześniej wysmarowaną masłem i obsypaną kaszką manną), po czym chowamy na kolejne 30 minut do lodówki. Jeśli komuś bardzo się spieszy, może użyć zamrażarki i trzymać w niej ciasto przez ok 10-15 min Rozgrzewamy piekarnik do 180 st. C (termoobieg), wielokrotnie nakłuwamy ciasto widelcem i pieczemy ok. 20 minut. 
Czekając na upieczenie spodu, przygotowujemy krem mleczny. Wlewamy mleko do rondla, dodajemy esencję waniliową, doprowadzamy do wrzenia. Mikserem ucieramy żółtka i cukier, aż uzyskamy puszysty, jasny krem. Stopniowo i na mniejszych obrotach dodajemy mąkę. Do masy wlewamy ciepłe mleko, mieszamy. Następnie wlewamy krem do rondla i gotujemy na wolnym ogniu (uważając, aby żółtko się nie ścięło!), cały czas mieszając. Masa powinna wyraźnie zgęstnieć. Wlewamy krem na upieczony spód i zapiekamy jeszcze ok. 20 minut lub do zarumienienia.  
W tym czasie obieramy i tniemy jabłka, podgrzewamy w rondelku kilka łyżek cukru oraz odrobinę wody, po czym przez kilka minut podgotowujemy plasterki owocu, aż nieco zmiękną. 
Po upieczeniu tarty układamy jabłka na kremie i posypujemy cynamonem. 

Życzymy wszystkiego mlecznego,
Mr. & Mrs. Sandman



czwartek, 27 czerwca 2013

Warsztaty kulinarne z Grzegorzem Łapanowskim



Nie da się ukryć, że dawno nas tu nie było. A bo to wycieczki do Wrocławia, Warszawy, spotkania takie i owakie. Najważniejsze jest jednak to, o czym wiedzą już facebookowi fani  Mr. & Mrs. Sandman Idzie nowe, lepsze, piękniejsze sandmanowe wcielenie. Prace nad tym rządzą się swoimi prawami, stąd więcej nas na FB niż tutaj. Spokojnie, to się zmieni! Finalny efekt rewolucji powstanie zapewne pod koniec lipca. Pierwszym owocem wzmożonych prac jest widoczne po lewej, podliftingowane logo. Spytamy po podlasku: Czy Dla Was Się Podoba? 


Ale, ale! Gdzie byliśmy? Co robiliśmy? Otóż nie tak dawno mieliśmy przyjemność uczestniczyć w warsztatach prowadzonych przez Grzegorza Łapanowskiego. Za całym przedsięwzięciem stał projekt Kulinarne wyzwania Fairy. Bomba, pomyśleliśmy. Zwłaszcza, że miały być to nasze pierwsze tego typu warsztaty. Rzecz zadziała się w SmArt Studio. Piękne. Czy to wystarczające określenie? Drewno, cegła, pofabryczny szyk, jednocześnie przyciągające ciepło. Sugerowaliśmy przeprowadzkę (naszą), tematu jednak nie podjęto.

Chwilka integracji i zaczynamy! Plan pracy następujący - oto menu, każdy team wybiera swe wyzwanie i produkuje porcje dla reszty zgromadzonych. Komu szparagi? Komu ośmiornica? Kto nie smażył steków? 

Przystawki:  
1. Kozi ser z młodymi buraczkami oliwą truflową i 9letnim octem
2. Gyutataki – carpaccio po japońsku
3. Szparagi z pomidorkami cherry i koprem włoskim
Dania główne:
4. Kaczka z owocami
5. Polska sezonowana wołowina z salsa verde
6. Ośmiornice z salsie z palonych pomidorów
Desery:
7. Krem czekoladowy z tatarem z truskawek i mięta
8. Smothie ananasowe z bazylią



A oto i warsztatowy Dream Team - Edyta i Asia. Szparagi w ich wykonaniu to była poezja. Tu mina Biedronki zdaje się mówić: "Serio, nauczycie mnie kroić marchewkę?"





A Grzegorz odpowiada: Spokojnie, Biedrona. Wszyscy się dziś wszystkiego nauczą. Jak zapowiedział, tak zrobił. I tu redakcyjny komentarz: fantastyczny chłopak! Tak, jak po wizycie we Wrocławiu zakochani byliśmy w Paulinie Kolondrze (<3), tak Warszawa zaraziła nas miłością do Grzegorza Łapanowskiego. Uśmiechnięty, wyluzowany, bardzo profesjonalny. Nasze warsztaty nie były pierwszymi tego dnia warsztatami Grzegorza. Zmęczenie? A gdzie tam! Był wszędzie, wszystkich zagadywał, we wszystkim pomagał. Taka formuła prowadzenia eventu bardzo nam odpowiadała. Każdy, kto chciał się czegoś dowiedzieć, zobaczyć, podpytać, miał możliwość zaspokojenia ciekawości. Brawo Fairy, brawo Grzegorz, brawo 24/7digital. 



A oto i nasza cegiełka. Sprawy w swe ręce wzięła Pani Sandman, Mr. Sandman ledwie jej asystował. Dyskusji nie było, w końcu buraczki to jej wielka miłość <3 


SER KOZI Z MŁODYMI BURACZKAMI, OCTEM BALSAMICZNYM I OLIWĄ TRUFLOWĄ

• 100 g koziego sera
• kilka sztuk młodych buraczków
• 2 łyżki dobrej oliwy truflowej
• ocet balsamiczny
• listki świeżej kolendry


Nie ma nic wspanialszego w kuchni niż łączenie prostych, ale najlepszej jakości składników w prostą, spójną i wyborną całość. Tak jest z kozim serem, kolendrą i miodem. A gdyby to połączyć, wyjdzie nam ekspresowa i wyborna przystawka. Chwila rozkoszy z kawałkiem koziego twarogu, skropionego miodem i dobrym ziółkiem. Młode buraczki z 5 cm łodyżkami czyścimy i blanszujemy lub gotujemy na parze przez około 10 min. Na talerzu układamy małe kuleczki koziego sera dekorujemy buraczkami w całości lub połówkami. Całość polewamy oliwą truflowa, kroplami octu balsamicznego i posypujemy listkami kolendry.  - przepis i zdjęcie: Fairy Polska



Degustacja, czyli ogary poszły w las. Oto i nasz stolik sandmanowo-biedronkowo-edithowy stolik. Kuszące, nieprawdaż? 


Kaczuchaaaaa, od której oderwać się nie było łatwo ;) 


Koniec końców za sprzątanie i testowanie płynu wzięła się Pyzunia. Rezultatów tychże eksperymentów nie znamy, uczciwie jednak przekazujemy, że wyraźnie słyszeliśmy pomruki zadowolenia płynące znad zlewu :)



Buraki czy szparagi? Czerwone czy zielone? To czym w końcu zajmowali się Sandmanowie na warsztatach z Łapanowskim?! Sprawdzicie tutaj:





I seria pamiątkowych fotek. Wnuki by nam nie wybaczyły, gdybyśmy nie zachowali pamiątek z kulinarnych wygłupów z Madame Edith i Biedronką w Kuchni


I na koniec: suweniry z wizyty w Red Onion. Przyznajemy się do lekkiego rozczarowania. Na to, że drogo byliśmy przygotowani, ale że mało praktycznie, użytecznie i ogólnie mało - już nie. Na rękawice z napisem "Food Fighter" ostatecznie się nie zdecydowaliśmy, wybór za to padł na uroczą formę do tart <3 



Pozdrawiamy, ściskamy,
Mr. & Mrs. Sandman

środa, 5 czerwca 2013

Szaszłykowe, pomarańczowe, krewetkowe

Większe grono gości latem winno powodować większą mobilizację. Dlaczego? Albowiem nie ma nic gorszego niż kolejny kotlet z ziemniakami na imieninach cioci, gdy wokół temperatura sięga 30 stopni. Kotlety same w sobie nie są złe. Ba! Od lat staramy się odtworzyć genialne mielone Mamy Sandman.  Jednak skwar, upał i palące słońce sprawiają, że jedyne, o czym marzymy to lemoniada, a sute posiłki raczej nam nie w głowach. Zapominamy więc również o królujących na rodzinnych imprezach flakach - bo choć i flaczki mogą być niezgorsze, czas pomyśleć o innym jadłospisie. To samo tyczy się nawet najpyszniejszych ziemniaczanych kiszek i pieczonych kiełbasek. W ustalaniu menu niezwykle ważna jest pogoda, pory roku. Zimą rozgrzewamy się półmiskiem wołowiny po burgundzku i otaczamy się przyjemną warstwą ciepłego tłuszczyku, latem zajadamy owocowe sorbety, chłodzimy się chłodnikiem, który z powodzeniem zastępuje danie główne, sięgamy po lekkie przekąski - jak sama nazwa wskazuje - na jeden kęs. 

Jeśli zdarzyło Wam się gościć na Podlasiu, szczególnie gościć w sensie dosłownym, czyli pójść do kogoś "w gości", zapewne przekonaliście się, że zasada "zastaw się, a postaw się", niewiele straciła na aktualności. Na przyjęciach, spotkaniach i obiadach zamiast jednego ciepłego dania pani domu przywita cię z trzema parującymi półmiskami i operując trudnym do odparcia czarem zachęci do kolejnej dokładki. Piękne to i zacne. Flaczki zostawmy jednak w przynależnym im miejscu, nie zaczynajmy też tłuc biednych schabowych. A może by tak... inaczej? I o wiele prościej? Kultura gotowania i "biesiadowania" mimo wszystko się zmienia, to oczywiste. Podpatrujemy Zachód, który nie zawsze jest uosobieniem zła i wpędzających do piekła pokus. Chociażby takie garden party, nieformalne przycięcie w ogrodzie. A nawet już znany nam wszystkim letni grill, z innym jednak repertuarem. Ogród, kawałek trawy, bufet. Kilka desek, kilka stołów, koce. Piknik! Lemoniada, trzy przystawki, jedno danie główne plus zupa krem z młodej marchewki lub cukinii na zimno. Albo chłodnik. Nierozpływający się pod wpływem temperatury deser. Takie przyjęcie długością trwania nie musi nawet dorównywać polskiemu biesiadowaniu. Po dwóch godzinach wszyscy będą zachwyceni. Krócej, ale lepiej, mniej, ale efektywniej. Bo latem najlepsze przyjęcia to te w ogrodzie - z lekkim menu, przekąskami i delikatną muzyką z głośników. Bo o przygrywającym jazzowym bandzie nawet nie śmiemy marzyć, choć chcielibyśmy, chcieli... :)

Lekkie, proste, na kęs. Czyli co? Sami na pewno będziemy wracali do szaszłyków, bo to i lżejsze, i zaskakujące, i ładnie podane. Takie z krewetkami z pomarańczową nutą przygotowaliśmy na piknikowy Restaurant Day. Zniknęły w okamgnieniu. Nie będziemy ukrywać, że sporą rolę odegrały w tym papierowe rożki, w których to szaszłyki serwowaliśmy. No bo jak się ładnie poda... :) 





Pomarańczowe, krewetkowe szaszłyki z grilla
(oryginalny przepis na BiteDelite)

Składniki:
24 krewetki tygrysie (mrożone, spażone, obrane)
2 pomarańcze
40 ml aceto balsamico di Modena
korzeń imbiru długości ok. 3 cm
kilka igiełek świeżego rozmarynu
świeżo zmielona sól morska

Czas: 30 minut
Porcje: 2

Mrożone krewetki umieszczamy w durszlaku i zalewamy strumieniem wrzącej wody. Następny krok to "czarna żyłka". Jeśli krewetki nie zostały jej pozbawione, ostrym nożem należy naciąć "czarną żyłkę" biegnącą wzdłuż grzbietu, a następnie wyciągnąć ją palcami. Jest to nieco żmudna praca, jednak konieczna, gdyż tego, co tam jest, jeść nie chcemy. Chwytamy niewielką miseczkę, z jednej pomarańczy wyciskamy sok, drobno ścieramy imbir, dodajemy ocet balsamiczny oraz rozmaryn. W powstałej marynacie umieszczamy krewetki, delikatnie mieszamy i odstawiamy na kilkanaście minut do lodówki. W międzyczasie przygotowujemy drugą pomarańcz, kroimy ją w szesnastki, pozbywając się pestek. Rozgrzewamy grill do średniej temperatury i przygotowujemy patyczki do szaszłyków. Nadziewamy po 4 krewetki, przekładając je cząstkami pomarańczy. Na lekko zwilżonym oliwą grillu bądź grillowej patelni szaszłyki trzymamy przez dwie minuty dla każdej ze stron. Doskonałe są podane od razu, jednak wybornie smakują również na zimno np. podczas pikniku wśród szumiących drzew i bzyczących komarów. Tuż przed podaniem skrapiamy je delikatnie balsamico :)

Smacznego życzą,
Mr. & Mrs. Sandman



czwartek, 23 maja 2013

Grissini z rukolą i szynką, czyli nasza Jednodniowa Restauracja

A z czym to się je? Co to takiego? Co jest w środku? Poproszę od razu pięć sztuk! Podczas naszego pierwszego święta jednodniowych restauracji uwijaliśmy się jak mrówki. Po paru godzinach byliśmy pogryzieni przez komary, spaleni przez słońce, głodni (acha! ani na chwilę nie mogliśmy odejść od stanowiska), ale napędzeni pozytywną energią. 

Sprawcą całego zamieszania była autorka bloga Na 4 Widelce. Asia, wraz z dziesiątką innych blogerów (wśród nich Siostry W., Enjoy cooking, crust&dust, Banana pepper, Twardy Szparag, Eko Quchnia oraz my) stworzyła niecodzienny piknik. Przez supraskie bulwary nad zalewem przewinęły się setki Podlasian. Frekwencja nas zaskoczyła, a także napełniła serca pewną nadzieją. Najwidoczniej tęsknimy za tradycją sobotniego piknikowania, picia herbaty na trawie, czytania książek w plenerze, grania w szachy w parku, pojedynków w badmintona. I spożywania drugiego śniadania na kocu. Serwowaliśmy przekąski słodkie i słone, ciasteczka i kanapki, pierożki i sałatki, lemoniady i smoothie. W sumie w ciągu dwóch godzin degustacji, konsumpcji i pozytywnej krytyce poddanych zostało około 1000 porcji jedzenia. 
Nie ominęło nas jednak pewne rozczarowanie. Żałowaliśmy, że nasz Restaurant Day tak szybko się skończył :) Cóż, pozostało nam czekać do 18 sierpnia :)

Jedną z przekąsek, którą serwowaliśmy było grissini, typowe, a jednak zaskakujące finger food, idealne na letnie przyjęcie w ogrodzie. Paluchy drożdżowe z dodatkiem gruboziarnistej soli, sezamu lub pestek dyni uwieńczyliśmy odrobiną rukoli oraz plasterkiem szynki szwarcwaldzkiej. Grissini kojarzą nam się z eleganckim garden party, choć ich wykonanie jest bardzo proste i nie wymaga od nas wiele czasu. Do grissini najlepiej pasuje mała czarna (sukienka) i czerwone szpilki. Usta również pomalowane na krwistą czerwień i takież paznokcie. Lampka białego wina i kwartet jazzowy. Oczywiście, możemy te wszystkie atrybuty bankietu zastąpić kocem, trawą w parku i wygodnymi sandałkami – nadal będzie idealnie ;)




Grissini z rukolą i szynką szwarcwaldzką
(na podstawie: Kwestia Smaku)

Składniki 
na ok. 12 sztuk

20 g świeżych drożdży
150 ml ciepłej wody
1 łyżeczka cukru
240 g mąki pszennej
½ łyżeczki soli
2 łyżki oliwy
1 żółtko z odrobiną wody
dodatkowo: plasterki szynki szwarcwaldzkiej, garść rukoli, sól gruboziarnista, a dla urozmaicenia także parę łyżek sezamu i pestek dyni


Drożdże kruszymy w misce, zalewamy je ciepłą wodą, wsypujemy cukier i dwie łyżki mąki. Całość dokładnie mieszamy, eliminując grudki. Tak przygotowany rozczyn odstawiamy na 15 minut w ciepłe miejsce. Pamiętajmy, że podwoi on lub nawet potroi swoje rozmiary. Do innej miski wsypujemy przesianą mąkę, sól, wlewamy rozczyn i mieszamy wszystko łyżką. Następnie wlewamy dwie łyżki oliwy i zagniatamy ciasto, przez ok. 10 minut, aż stanie się gładkie i błyszczące. Wyrobione ciasto odstawiamy w ciepłe miejsce w misce przykrytej ściereczką na min. 1 godzinę – w tym czasie powinno podwoić swoją objętość. Po godzinie wyrabiamy ciasto przez chwilę, a następnie dzielimy ciasto na kilka części, w zależności od tego, ile mamy dodatkowych składników, jak pestki, sezam lub szynka (w naszym wypadku na trzy). Do poszczególnych porcji dodajemy sezam, pestki lub pozostawiamy bez dodatków. Rolujemy wałeczki, dodatkowo posypujemy sezamem, kolejną porcję pestkami, a ciasto bez dodatków – gruboziarnistą solą. Układamy paluchy na papierze do pieczenia, smarujemy je żółtkiem rozbitym z wodą, pieczemy ok. 15 minut lub do momentu, kiedy staną się chrupkie, w temperaturze 200 st. C. Paluszki sezamowe i dyniowe możemy podać już bez dodatków, obsypane solą zaś owijamy plasterkiem szynki wraz z kilkoma listkami rukoli. Najlepiej zrobić to przed samym podaniem, dzięki temu paluszki nie zmiękną. Idealne i najbardziej chrupkie grissini jest w dniu pieczenia. Następnie podgryzamy je ze smakiem, wydając apetyczne odgłosy, zachęcające współbiesiadników do konsumpcji. Popijamy wytrawnym, białym, schłodzonym winem i bawimy się doskonale.

Smacznego życzą,
Mr. & Mrs. Sandman

P.S. Na relację z podlaskiej odsłony Restaurant Day zapraszamy w wersji radiowej oraz telewizyjnej (od 00:13:50)


piątek, 10 maja 2013

Back to 80`s, czyli pulpeciki wołowe z szafranem



Jeśli mielibyśmy umieścić to danie w kontekście kulturowym, bez zbędnego wahania wskazalibyśmy lata osiemdziesiąte. Moda, muzyka, filmy - cała ta poplątana, plastikowa stylistyka pasuje jak ulał do pulpecikowej kompozycji smaków. Mieszanina stylów, kolorów, bogactwo... wszystkiego. 

Choć 80's są dość odległe od stylistyki, w której na co dzień sie poruszamy, mamy do nich wielki sentyment. Szczególną estymą darzymy muzykę, znamy i wyśpiewujemy przy gotowaniu wszystkie hity; "Self Control" czy "Sweet dreams" nucimy też podczas każdego rozrywkowego wieczoru. Tandetne, acz piękne stroje, obcisłe legginsy, skarpetki naciągnięte na getry, przeraźliwe tapiry, zarówno u pań, jak i u panów, zarówno w stylizacji rockowej, jak i różowo-słodkiej, punkowy pazur, namalowane kredką kocie oko, usta jak landrynki, kombinezony przypominające stroje do fitnessu, bandamki trzymające w ryzach lwie czupryny, pełen energii, szalony rock'n'roll i dicho porywające do tańca. Jon Bon Jovi krzyczący "you give love a bad name", niesamowicie różnorodny Queen i obcisłe spodnie Freddy'ego, chłopcy z U2, jeszcze piękni i młodzi, na dodatek giętki Michael Jackson, wywijająca fikołki Madonna, słodkie chłopaki z New Kids on the Block, w których skrycie kochała się Pani Sandman...

Skąd? Jak? Przecież w latach osiemdziesiątych mieliśmy dopiero powstać, ale gdy już powstaliśmy, chcąc nie chcąc zostaliśmy wciągnięty w tandetną atmosferę przedostatniej dekady wieku. Do dziś krążą legendy na temat prywatnych, rodzinnych występów Pani Sandman w stylu Olivii Newton - John Travolta. Mikrofon z ogórka, mamina szminka i metalowe cymbałki, przebieranki w za duże sukienki i wyśpiewywanie przebojów w języku, który w jej mniemaniu był angielskim (cóż począć, skoro czteroletnie Sandmaniątko znało tylko parę słów w angielszczyźnie, z flowerem, lovem i bjutifulem na czele). 

A pamiętacie "Powrót do przyszłości" (niedawno odświeżyliśmy sobie wszystkie części, zaśmiewając się do łez), "Ghost Busters" czy "Gliniarza z Beverly Hills"? Ech... Kasetę video z "Amerykańskim ninja", którą Tata Sandman przywiózł po krótkiej przygodzie z zarobkową emigracją, Pani Sandman katowała niemal co dzień, powtarzając ruchy karateki i walcząc z bratem na wycięte z kartonu gwiazdki ninja.

A obiad w stylu lat osiemdziesiątych? Dlaczego nie pulpeciki? Pasują doskonale. Jeśli się nie gryzie, znaczy, że pasuje. Ostre, słodkie, kwaśne, czerwone, zielone, kremowe, twarde, krojone, smażone, duszone. Totally 80`s :) 

Pulpeciki wołowe z szafranem

Składniki:
400 g udźca wołowego
1 szalotka
4 gałązki kolendry
1 papryczka chilli bądź łyżeczka suszonych płatków chilli
oliwa pomace
200 ml słodkiej śmietanki
100 g serka topionego o neutralnym smaku
szklanka ciepłego bulionu wołowego
szczypta nitek szafranu
szczypta świeżo startej gałki muszkatołowej
łyżka soku z limonki
świeżo zmielone sól i pieprz


Porcje: 2
Czas: 30 min

Mięso drobno posiekać, doprawić solą, pieprzem, posiekaną kolendrą, szalotką i papryczką. Starannie wymieszać. Przygotować półmisek oraz miseczkę z chłodną wodą. Ręce zwilżyć wodą z miseczki (dzięki temu mięso nie będzie się kleić i będzie współpracować przy kształtowaniu)  i z niewielkich porcji mięsa sformować pulpeciki odkładać na półmisek, tak by się nie stykały. Na głębszej patelni rozgrzać niewielką ilość oliwy, smażyć wszystkie pulpeciki przez ok. 15 sekund do pożądanego zrumienienia (sami preferujemy ciemniejsze) Następnie zalać mięso bulionem, wolno gotować ok 10 min do całkowitego odparowania płynu.
W osobnym garnuszku przygotować kremowy sos. Podgrzewamy śmietankę, przed momentem wrzenia dodajemy śmietankowy serek, mieszamy do uzyskania jednolitej konsystencji. Ścieramy odrobinę gałki. Dodajemy sok z limonki oraz nitki szafranu. Mieszamy do czasu uzyskania żółtego koloru. Pulpeciki podajemy z ryżem (sugerujemy basmanti),  szafranowym sosem. Dekorujemy listkami kolendry, drobno posiekanym chilli i kilkoma nitkami szafranu.

Smacznego życzą,
Mr. & Mrs. Sandman



piątek, 26 kwietnia 2013

Czytam, więc jestem

Czytamy dużo i namiętnie. Czytamy w łóżku, czytamy w autobusie, czytamy w parku. Czytalibyśmy nawet w wannie, gdybyśmy takową posiadali. Od dziecięctwa czytaliśmy bardzo dużo – to książki, a nie Internet, nauczyły nas ortografii, poznawania świata, ciekawości. Podczas gdy inne dzieci w czasie ferii robiły sobie przerwy od czytania, my nadrabialiśmy „zaległości”. A kiedy budowaliśmy fortecę czy bawiliśmy się w Indian, nasi Indianie byli czytającymi Indianami :)


Ech, gdybyśmy wtedy wiedzieli to, co wiemy dziś.... ech gdybyśmy wiedzieli, że będziemy kiedykolwiek wygłaszać kwestie w stylu "dziś sam jestem dziadkiem"... Niestety, nawet nie spostrzegliśmy, kiedy nasze dorosłe czytanie zamieniło się w „filtrowanie”, przerzucanie nagłówków, eliminację. Całość tekstu znajdziecie w materiale CZYTAM, WIĘC JESTEM na portalu Młody Wschód.
Nowy dzień zaczyna się na wschodzie, a pierwszą stronę książki należy przeczytać z twarzą zwróconą ku wschodowi. Niniejszy przyłączamy się do akcji portalu Młody Wschód promującej czytanie:). Bo czy nie wydaje Wam się, że czytanie stanie się coraz bardziej unikatową umiejętnością, "skillem", który możemy wpisać sobie do CV?
MW to świeża i pełna potencjału inicjatywa pięciu młodych żaków, studentów białostockiej polonistyki (aczkolwiek grono twórców jest bardzo mobilne i chłonne), którzy postanowili stworzyć portal, platformę do pisania o przestrzeni miasta, do komunikacji oraz działania. Dlaczego o tym piszemy? Bo Młody Wschód działa i wszędzie go pełno. Połowa naszego duetu sama zasilała kiedyś szeregi studentów filologii, dwie połowy zaś zazdroszczą pomysłu i plują sobie w brody (wyimaginowane i prawdziwe), że same nie wpadły na pomysł założenia studenckiego portalu internetowego. Dziewczyny i chłopaki wiedzą, że by żyć, trzeba być, a by być trzeba działać. I działają. Ech, gdybyśmy kiedyś byli tak mądrzy jak dziś?! Cóż, lata lecą i choć film "Wieczny student" darzymy trudnym do zdefiniowania sentymentem, na uczelnie nie zamierzamy już wracać. Swoje niespełnione ambicje będziemy przelewać na załogę Młodego Wschodu, i jak matki małych baletnic tudzież miss Sunshine wiernie im kibicować, ciesząc się sukcesem. 

środa, 17 kwietnia 2013

Cake popsy i inne lizaki

Gdybyście zapytali, jakie słodycze najwyraźniej pamiętamy z zamierzchłych czasów naszego dzieciństwa, niechybnie odpowiedzielibyśmy: lizaki. Kiedy o dobre, amerykańskiej sławy batoniki było jeszcze raczej trudno w mniejszych miejscowościach (zresztą, lajony, snikersy czy marsy poznaliśmy wiele lat później, kiedy już nieco odrośliśmy od ziemi), prym na sklepowych półkach wiodły landrynki-malinki, nielubiane przez dzieci miętówki, raczki i kolorowe cukierki, jeszcze bez lekko kwaskowatego nadzienia w środku. I lizaki, tak, te przesłodzone okrągłe lizaki. Lizaki przypominające plasterek cytryny, które podnosiło się do góry, patrząc przez nie na słońce. Lizaki z wymalowanymi w środku kwiatkami. A potem pojawiły się „firmowe” chupa chupsy, we wszystko wmieszał się już Salvador Dali, co zmusiło nas do przedefiniowania rankingów ulubionych przysmaków i przewartościowania swojego życia.

Przy okazji kolejnego spotkania białostockich Geek Girls Carrots przypomnieliśmy sobie o ukochanych lollipopsach. Na produkcję lizaków co prawda się nie zdecydowaliśmy, wydaje nam się jednak, że cake popsy godnie zastąpiły przysmaki z dzieciństwa. Zaprezentowaliśmy dwie wersje: hiperczekoladową oraz marchewkowo-pomarańczową. Którą wybrały Karotki? Chyba nie trudno zgadnąć!

Podajemy gramaturę składników, kierując się (mniej więcej) przepisem Sweet Corner, z którego korzystaliśmy. Oczywiście, na koniec coś podsypaliśmy, pododawaliśmy, pokosztowaliśmy, znów podsypaliśmy – tak, że końcowa receptura naszych popsów jest nam nieznana. Ogólna zasada, jaką należy się kierować jest prosta: starajmy się uzyskać taką konsystencję masy, aby kulki były zwarte i twardawe. Co prawda, ciasto nasączone sokiem z marchewki trudniej się zlepiało, gwarantowało jednak eksplozję smaków. O przydatności do użycia zadecydowało dłuższe mrożenie marchewkowych popsów.






Cake pops


Składniki:
- 400 g ciasta (biszkoptu, murzynka etc.)
- 125 g serka mascarpone
- 100 g kremu czekoladowego
- 1 marchewka
- 2 pomarańcze
- 3 łyżki niskosłodzonego, dżemu pomarańczowego
- 200-300 g czekolady (np. pól na pół mlecznej i gorzkiej)
- dwie łyżki masła (ew. oleju)
- kolorowe posypki
- patyczki i styropian

Porcje: 20 cake popsów
Czas przygotowania: 45 minut + chłodzenie

Biszkopt przygotowywaliśmy wedle sprawdzonego biszkoptowego przepisu mamy Sandman. Po ostygnięciu ciasto kruszymy do miski na drobne okruchy, w oddzielnej miseczce zaś łączymy mascarpone z kremem czekoladowym, następnie dokładnie mieszamy z ciastem. Dodajemy dżem, ścieramy marchewkę i skórkę z uprzednio sparzonej wrzątkiem pomarańczy, kontrolując stopień nasączenia oraz uważając, aby ciasto nie było zbyt lepkie. Ciasto zagniatamy w kulę (lub dwie), zawijamy w folię spożywczą i wrzucamy do zamrażalnika na ok. 15 min. Następnie lepimy kulki o średnicy ok. 3-4 cm, układając je w odstępach na blasze wyłożonej papierem do pieczenia i ponownie mrozimy, 15 min. lub dłużej. Teraz rozpuszczamy pokruszoną czekoladę z odrobiną masła (dzięki temu tak szybko nie zastygnie) w kąpieli wodnej. Każdą kulkę nadziewamy na patyczek (nie dalej niż do połowy) i zanurzamy w roztopionej czekoladzie, lekko otrzepując jej nadmiar. Następnie wbijamy cake popsa w styropian i po minucie obsypujemy go kolorową posypką. Gotowe!






poniedziałek, 15 kwietnia 2013

Zupa szczawiowa na Twe bolączki

Stanowczo za rzadko gotujemy zupy! Bez bicia przyznajemy, że ostatnimi czasy uprawiamy ten proceder średnio raz w miesiącu. Za mało, wiemy. Zupy trzeba jeść. Wiemy. Zupy są zdrowe. WIEMY. No właśnie, obraz mamy Sandman stojącej nad głową, nieustępliwie grożącej palcem w oczekiwaniu na opróżnioną do dna miseczkę zupy, pojawił się jak z bicza trzasnął. Gdy już się zdecydujemy, achów i ochów nie ma końca, zachwyty trwają ze trzy dni, bo jak gotować zupę, to tylko w ilościach hurtowych. Nasze obiady, a niejednokrotnie także i kolacje, zdominowane są wówczas przez zupę. Po każdej łyżce, łypiąc spode łba (wara od mojej miseczki!), solennie obiecujemy poprawę, bierzemy siebie nawzajem na świadków, deklarując co raz to większe ilości przygotowywanej tygodniowo mikstury.

Ale, jeśli zupa to na prawdziwym bulionie. Nie jakiejś tam kostce. Nie jakiejś tam zawiesinie gotowanej na smutnym żeberku ze smutną marchewką. Prawdziwy, pyrkoczący kilka godzin bulion, esencjonalny, mocny, smakowity. Owszem, można przygotować na zapas, owszem można mrozić. Z przygotowanej zawczasu mikstury zdaża nam się korzystać. Sklepowe gotowce omijamy jednak szerokim łukiem. Zupa kojarzy nam się z wakacjami u dziadków, gdzie zupę można było zjeść na śniadanie, obiad i kolację; z domem, bo co domowe, winno być w domu przygotowywane. I to nie byle jak, naprędce, tylko z odpowiednim namaszczeniem i rytuałem. Niejednokrotnie w trakcie gotowania zdarza nam się dzwonić do wspomnianej mamy Sandman, pytając o trick i poradę, by przywołać smak, któregi w dzieciństwie tak unikaliśmy.

Wygląda więc na to, że aby magię dobrej zupy można było docenić, nie może ona pojawiać się zbyt rzadko.
W przypadku szczawiowej jesteśmy jednak w stanie wskazać pewną regularność. Pojawiała się na stole zwykle podczas wakacji. Cała rodzina zgodnie rozpoczynała od niej dzień, jeśli poprzedniego wieczoru z podlaską fantazją świętowano zakończenie sianokosów, żniw, często też wykopków. Kwaśna, gęsta, okraszona solidną porcją żeberek zupa szczawiowa stawiała na nogi, rozwiązywała języki, na powrót przywracała życie. Wszystkie inne sposoby na kaca w stylu kwasu z ogórków, kefiru czy herbaty z cytryną nijak się miały w starciu z parującym talerzem babcinej szczawiowej.

Syndrom dnia następnego nie był jednak powodem, dla którego sięgnęliśmy po tę zupę. To raczej syndrom domowego obiadu, pożądanie skierowane w stronę zupy tak sycącej, że z powodzeniem stanowiącej cały posiłek. Zobaczywszy u rzeźnika piękny kawałek żeberka, zdecydowaliśmy się w oka mgnieniu. Zalegające w piwnicy  słoiczki zasmażonego szczawiu - prezent od mamy Sandman - przechyliły szalę. Moment ten był również bardzo edukacyjny dla naszego związku: pomimo że znamy się już 11 lat, nie wiemy o sobie wszystkiego. Pani Sandman była bardzo zaskoczona szczawiem w słoiczku, w jej domu rodzinnym szczawiową przyrządzało się na świeżo, wyłącznie latem. Zakonserwowana kwaśność była domeną rodzinnych stron Pana Sandmana. Do dziś wspomina te czasy, gdy spędzał czas na boisku i zaganiany był do ścinania i segregowania szczawiu. Tu sprostowanie: choć pochodzi z rodziny o długoletnich kolejowych tradycjach, po szczaw nie wyprawiał się na żaden nasyp. Przydomowy ogródek miał specjalnie wydzielone szczawiowe miejsce. Dziś zdradzić możemy, iż selekcji nie dokonywał zbyt dokładnie, głębsza analiza, oddzielanie tego, co szczawiem było, a co zwykłym chwastem, zajmowało stanowczo zbyt dużo czasu, który tak dobrze można było spożytkować, grając w piłkę kopaną. Niniejszym przeprasza całą rodzinę, jeśli przez jego sportową ambicję zmuszona była skosztować chwastów :)

Dziś zabieramy Was w krainę  ganiającego za piłką Pana Sandmana, skrupulatnie segregującej szczawiowe liście ubranej  słomkowy kapelusz Pani Sandman oraz przywracającej wspomnienia, stawiajacej na nogi prawdziwej, wiejskiej  gęstej od mięsiwa i śmietany szczawiowej zupy.





Zupa szczawiowa

Składniki:
3 litry esencjonalnego bulionu
(nasz powstał na bazie 500g wieprzowych żeberek, 500g udek z kurczaka + włoszczyzny)
3 duże marchewki
2 pietruszki
4 ziemniaki
1/2 średniej wielkości bulwy selera
2 łodygi selera naciowego
garść posiekanego szczypiorku
700 - 800 ml zasmażonego, konserwowego, siekanego szczawiu
250 ml gęstej śmietany 18%
świeżo zmielona sól morska
świeżo zmielony czarny pieprz
4-6 listki laurowe
7-8 ziaren ziela angielskiego
łyżka masła

Czas: 40 min + czas przygotowania wywaru

Bulion odsączamy - wyjmujemy mięsną wkładkę, włoszczyznę blendujemy. Zagotowujemy na powrót, umieszczamy mięso. Wygodnie będzie, jeśli w międzyczasie pozbawimy je kości. Do gotującego się wywaru dodajemy listki laurowe, ziele angielskie, pokrojone w kostkę warzywa (bulwę selera, marchew, pietruszkę). W osobnym rondlu, na maśle przez ok. 3-4 min. podsmażamy łodygi selera naciowego, po czym umieszczamy je w zupie. Po ok. 20 min. gotowania dodajemy pokrojone w drobną  kostkę ziemniaki i gotujemy na średnim ogniu przez ok. 15 min. Gdy warzywa zmiękną, dodajemy szczaw oraz szczypiorek. Gotujemy przez 10 min., hartujemy śmietanę w osobnej miseczce i dodajemy do zupy. Doprawiamy solidną szczyptą soli i pieprzu. Podajemy z chrupiącą pajdą wiejskiego chleba.Tak przygotowana zupa szczawiowa powinna być sycąca i gęsta, zastępująca cały posiłek, zwłaszcza podczas niepewnej pogody.

Smacznego życzą,
Mr. & Mrs. Sandman





czwartek, 4 kwietnia 2013

Karotki migdałowe, czyli Sandmanowie wśród GGC

Idzie wiosna. Choć aura zupełnie na to nie wskazuje, a pierwsze zawiązki traw skrywają się głęboko pod białymi czapami śniegu, wiosnę czuć już w powietrzu. Kiedy cały blok jeszcze śpi, uchylamy okno i słuchamy ptaków, których trele zupełnie nie wskazują na to, że zabłądziły w drodze do ciepłych krajów. Pięknie śpiewają, więc musi być coś na rzeczy. Keep on waiting!
Skoro wiosna to warzywa i owoce. Skoro wiosna to kolory. Skoro wiosna to... marchewki! Sandmanowie wydali vol. 3 karotkowej składanki słodkości, czytaj: po raz trzeci pojawili się wśród cudnych, białostockich Karotek, tym razem na spotkaniu przedświątecznym, wielkanocnym karotkowym jajeczku. Marchewka okazuje się niezwykle wdzięcznym warzywem, co inspiracji daje niemało, smaków w sobie kryje wiele, a i współgra świetnie z innymi składnikami, w tym nowoczesnymi technologiami ;)  Nad propozycją na spotkanie Geek Girls Carrots nie zastanawialiśmy się więc długo, pozwalając ponieść się urokowi oraz swoistej popularności marchewek z ciasta. Nadzienie w postaci wiosennej sałatki zamieniliśmy jednak na niebiański krem migdałowy, który wykorzystaliśmy już, tworząc świąteczne eklerki, a który zawładnął naszymi sercami i nie pozwolił o sobie zapomnieć. Kwestie techniczne rozwiązaliśmy dzięki Delimammie i jej ryżowemu patentowi, tu specjalne ukłony w jej stronę :)
I tak oto stworzyliśmy, własnego pupila, słodkiego, marchewkowego Frankensteina, rurki, kruche ciasteczka z kremem, marchewki z kruchego ciasta z kremem migdałowym  - nazw tyle ile pytających o nią osób. W hołdzie kobietom lubującym się w nowoczesnych technologiach, nosić będą dumne imię Migdałowych Karotek. Przeznaczone dla osób powyżej/poniżej 18 -tego roku życia, gdyż migdalić się one kochają bardzo. Bo migdalenia troszkę z nimi jest, jednak skomplikowany proces produkcji wynagradzają w postaci pięknej prezencji, smukłych kształtów i kuszących, kremowych ogonków.




Karotki migdałowe

czyli marchewki z kruchego ciasta z kremem migdałowym


Ciasto:
250 g mąki pszennej
150 g zimnego masła
40 g drobnego cukru 
1 łyżeczka kardamonu
pół średniej marchewki
łyżka zimnej wody

Do posmarowania:
2 żółtka
łyżka mleka
pół łyżeczki koncentratu pomidorowego

Krem migdałowy:
250 g serka mascarpone
120 g śmietanki kremówki
100 g migdałów
kilka łyżek cukru
4 łyżki cukru pudru
+
świeża mięta

Czas przygotowania: 2 godziny
Porcje: ok. 20 marchewek o wysokości ok. 7 cm

Etap 1. Ciasto
Przygotowujemy klasyczne ciasto kruche. Hołdując marchewkowemu symbolizmowi, musimy jednak pójść na pewne ustępstwa. Dlatego też tarkujemy pół średniej marchewki, odsączamy sok, odstawiamy. Do miski wsypujemy mąkę, cukier, przyprawę, wrzucamy pokrojone w kostkę zimne masło, startą marchewkę, polewamy całość sokiem i łyżką wody. Łączymy składniki, rozcierając je w palcach, dokładnie rozdrabniając masło z mąką, aż powstaną niewielkie okruchy. Wtedy wszystko staramy się zagnieść w zwartą masę, zagniatamy ok. 5-10 minut, aż ciasto stanie się elastyczne i błyszczące. Zawijamy w folię spożywczą i wkładamy do lodówki przynajmniej na 30 minut. Po tym czasie ciasto wałkujemy bardzo cienko (kilka milimetrów) i wycinamy, np. okrągłym nożem do pizzy, paski o grubości ok. 1-1,5 cm.

Etap 2. Marchewkowe prototypy
Produkcja marchewkowych prototypów jest nieco skomplikowana, w związku z tym odsyłamy na bloga Delimammy, która wszystko wytłumaczyła obrazkowo. Spróbujemy jednak nieco kwestię prototypową wyjaśnić.

Potrzebne będą:
ok. 500 g ryżu
woreczki foliowe
folia aluminiowa
nitka

Słuchajcie uważnie! Do foliowych torebek wsypujemy ryż. Ile? Ano tyle, aby po odpowiednim, marchewkopodobym uformowaniu miały one wysokość ok. 7 cm. Zawiązujemy woreczek nitką, ucinamy niepotrzebną część torebki. Teraz dokładnie okręcamy woreczek folią aluminiową, szczelnie, dbając jednocześnie o to, aby prototyp zachował machewkowy kształt. Kiedy mamy już stożek, wyjmujemy z jego środka woreczek z ryżem, wsypujemy do stożka ryż (!), następnie górę prototypu zamykamy, zakładając na siebie niepotrzebną część folii. Uf, gotowe, model marchewki już mamy.

Etap 3. Kręcimy!
Następnie zalecane, acz nie konieczne (zależy w zasadzie od jakości folii), jest posmarowanie modeli margaryną i obsypanie kaszką manną, aby ciasto nie przywarło. Zaczynając od podstaw, czyli grubszego końca prototypu, zakręcamy paski ciasta na model, idąc ku czubkowi. Czubka nie należy zbytnio zaklejać, możemy pozostawić małą dziurkę. Jeśli ciasto nie będzie chciało się trzymać, możemy posmarować je odrobiną wody.

Etap 4. Pieczemy!
Zanim wsuniemy marchewki do piekarnika, musimy zadbać o kolorystykę, tym samym o wiarygodność naszych wypieków. Idąc za podpowiedzią Delimammy, wykonujemy miksturę z żółtek, mleka i koncentratu - nie zmieni to smaku ciasta, a zapewni przyjemną oku barwę. Zamiast smarować marchewki, zanurzmy je na sekundę w płynie, wtedy równomiernie nabiorą marchewkowego koloru.
Marchewki pieczemy w piekarniku nagrzanym do 180 st. C (termoobieg). Sposób pieczenia jest dowolny, jednak polecamy pomysł Pana Sandmana - marchewki umieszczamy w formach do muffin, na stojąco. Przypiekamy aż nabiorą złotego koloru i jeszcze dłużej aż ciasto solidnie się upiecze, min. 15 minut.

Etap 5. Ryż dla gołąbków!
Kiedy marchewki nieco wystygną, musimy pozbyć się z ich wnętrza prototypów z ryżem. Odklejamy delikatnie brzegi folii, aby nie zniszczyć konstrukcji. Wyciągamy z środka stożki.

Etap 6. Krem migdałowy
Na rozgrzanej patelni prażymy migdały z cukrem, uważając, aby się nie przypalił. Następnie należy zemleć je w młynku i odstawić do ostygnięcia. Ubijamy na sztywno zimną śmietankę, na koniec dodajemy cukier puder. W misce umieszczamy mascarpone, masę migdałową, delikatnie łączymy z bitą śmietaną - za pomocą miksera na najniższych obrotach. Masę umieszczamy w rękawie cukierniczym (lub torebce) i napełniamy nią marchewki. Przyozdabiamy listkami mięty. Gotowe!

Smacznego i marchewkowego życzą,
Mr. & Mrs. Sandman




niedziela, 31 marca 2013

O kurczę, już Wielkanoc?





W tym roku święta wielkanocne postanowiły zbytnio o sobie nie przypominać. Śnieżne zaspy, minusowe temperatury, mroźny wiatr sprawiają, że pod nosem wciąż nucimy sobie "last Christmas I gave you my heart", a bombki ze stojącej na balkonie choinki zdjęliśmy dopiero przed paroma tygodniami. W zasadzie takie święta lubimy - święta, w które opatulamy się w ciepłe palta, żeby nie zmarznąć, rzucamy śnieżkami, zamykamy się w kuchni, żeby gotować. Cóż z drobnych przesunięć czasowych? Cóż z tego, że już prawie kwiecień? Zresztą, Wielkanoc na Podlasiu obchodzi się dwa razy, a wiele osób świętuje zarówno w obrządku katolickim, jak i prawosławnym, jeśli więc Wielkanoc jest w tym roku raczej niewielkanocna - możemy to nadrobić w maju :)

Aby choć trochę wczuć się w wielkanocny klimat, zgłębialiśmy podlaskie tradycje (z efektami badań można zapoznać się tutaj), odwiedziliśmy coroczny jarmark, zaopatrzyliśmy się w piękne pisanki, zastanawialiśmy się, czy upiec pierwszy w życiu mazurek i spróbować pierwszy w naszej historii jego kęs. Zamiast posypki z cukru pudru może być śnieg, a co tam!
Wielkanoc to dla nas przede wszystkim symbol nowej pory roku, odrodzenia natury, zapowiedź dłuższych dni, czas rodzinnego biesiadowania i wspólnych spacerów. Nasi Drodzy, życzymy Wam więc:

ciepła (w serduchach),
słońca (zza chmur),
zacnych bab (co interpretować można dwojako),
smagania gałązkami w śmingusowy poniedziałek (pamiętajcie: która panna bardziej wysmagana, ta we wsi uwielbiana!),
rodzinnych chwil,
kulinarnych inpiracji i półek pełnych marzeń!
Ściskamy,
Mr. & Mrs. Sandman


czwartek, 28 marca 2013

Zupa krem (rybny) z kawiorem

Każde święto ma swoją tradycję, inną w każdym regionie. Podlasie zdążyło nasiąknąć specyficznym klimatem Wschodu, również kulinarnie, co widać szczególnie w okolicy Świąt Wielkiej Nocy. Gotuje się tu jaja w łupinkach cebuli, dzięki czemu nabierają charakterystycznego, brunatnego koloru, do koszyczka ze święconką wkłada się niemal całe śniadanie wielkanocne, a żur często zastępuje się zupą rybną. Kto nigdy nie jadł zupy rybnej, może nie uwierzyć w bogactwo wspaniałych aromatów, w przenikające się smaki, jednym słowem - w jej wyśmienitość. Klasyczną ukraińską uchę zamieńmy jednak w elegancki krem z dodatkiem kawioru oraz ogłośmy nadejście nowej świeckiej tradycji!




Zupa krem rybny z kawiorem


Składniki:
1,5 kg dzwonków, głów z 3 gatunków ryb (np. łosoś, pstrąg, szczupak)
2,5 litra wody
duża cebula
2 marchewki
łodyga pora
pietruszka
½ selera
100 ml gęstej śmietany do podania,np. 18% bądź gęstego, greckiego jogurtu
100 g kawioru
4 łyżki oleju Kujawskiego ze smakiem (czosnek)
sól i biały pieprz
3 liście laurowe
6 ziaren ziela angielskiego
2 łyżki soku z cytryny

Porcja: 10
Czas: 160 minut

Zaczynamy od bulionu. Części ryby, głowy (bez oczu) grzbiety, brzuszki, dzwonki dokładnie myjemy. Umieszczamy w garnku wraz z listkami i zielem, zalewamy zimną wodą. Zagotowujemy, a następnie gotujemy na niewielkim ogniu przez 2 - 2,5 godz. Co jakiś czas uzupełniamy zredukowany płyn. W międzyczasie przygotowujemy warzywa. Cebulę i pora siekamy, seler, marchew i pietruszkę ścieramy za pomocą obieraczki lub tarki. Gotowy bulion przecedzamy. Odzielamy mięso od ości, odstawiamy. W garnku z szerokim dnem rozgrzewamy olej, smażymy na nim cebulę, po chwili dodajemy pozostałe warzywa, mieszamy. Po ok. 3 min., gdy smaki się przegryzą, zalewamy warzywa bulionem. Gotujemy przez ok. 20 min. Umieszczamy w garnku mięso z ryby, doprawiamy sokiem z cytryny. Zdejmujemy z ognia. Blendujemy na gładką masę. Zagotowujemy, doprawiamy solą i białym pieprzem. Podajemy z kleksem gęstej śmietany, łyżeczką kawioru i chrupiącymi tostami.

Smacznego życzą,
Mr. & Mrs. Sandman







Przepis jest częścią projektu przygotowanego wspólnie z serwisem zPierwszegoTloczenia.pl Powyższą recepturę oraz 9 innych naszych propozycji, dedykowanych wielkanocnemu świętowaniu, znajdziecie w e-booku "Wielkanocna książka kucharska", której mamy przyjemność być współautorami.
Bierzcie z tego wszyscy, dzielcie się i przygotowujcie się na Tą, najważniejszą niedzielę w roku  :)

Książka dostępna jest do darmowego pobrania po kliknięciu w baner.



środa, 27 marca 2013

Mus z białej czekolady z malinami


Kiedy rozwijamy sreberko z czekoladą, oboje wiemy, że czeka nas jedyny słuszny scenariusz. Pan Sandman już nawet nie dziwi się temu, że wystarczy chwila jego nieuwagi, aby cała tabliczka zamieniła się w zaledwie kilka kawałków. Na nic zdają się tłumaczenia jego wybranki, opowieści o gołębiach, porywających słodycze ze stołu, dzikich kotach gustujących w czekoladzie czy w końcu robienie niewinnej minki. Czy musimy więc tłumaczyć, że czekolada to punkt programu świątecznego stołu, element tak nieodłączny jak zajączek, pisanka i śmingusowo-dyngusowe figle? Zamiast tradycyjnej tabliczki zdecydowaliśmy się jednak na mus z białej czekolady z malinami. Na szczęście dla Pana Sandmana podany w pucharku lub kieliszku deser znacznie łatwiej upilnować...







Mus z białej czekolady z malinami


Składniki:
300 g białej czekolady
sól morska
50 g drobnego cukru
6 dużych jajek
300 ml śmietany kremówki
kubek malin

Porcje: 8
Czas: 1 godzina


Czekoladę łamiemy na małe kawałeczki i roztapiamy w kąpieli wodnej (czyli: w miseczce na garnku z gotującą się wodą, na małym ogniu), dodając uprzednio szczyptę morskiej soli. Kiedy czekolada dokładnie się rozpuści odstawiamy ją do wystygnięcia. Jednocześnie oddzielamy żółtka od białek i ucieramy żółtka z cukrem aż ten się rozpuści - masa będzie puszysta i niemal biała. Następnie ubijamy białka ze szczyptą soli, a potem - śmietankę kremówkę. Do kremu z żółtek powoli dodajemy czekoladę, delikatnie mieszając. Potem bardzo subtelnie łączymy z pozostałymi składnikami bitą śmietanę, a na końcu - pianę z białek. Mus wlewamy pucharków lub kieliszków, dekorując malinami. Owoce przełamią słodycz białej czekolady, jednocześnie podkreślając jej smak.

Smacznego życzą,
Mr. & Mrs. Sandman



Przepis jest częścią projektu przygotowanego wspólnie z serwisem zPierwszegoTloczenia.pl Powyższą recepturę oraz 9 innych naszych propozycji, dedykowanych wielkanocnemu świętowaniu, znajdziecie w e-booku "Wielkanocna książka kucharska", której mamy przyjemność być współautorami. Bierzcie z tego wszyscy, dzielcie się i przygotowujcie się na Tą, najważniejszą niedzielę w roku  :)

Książka dostępna jest do darmowego pobrania po kliknięciu w baner.




wtorek, 26 marca 2013

"Apetyt na Sztukę" Pierwsza wystawa blogerskiej fotografii kulinarnej

Czy zdjęcie sorbetu może być piękne? Ile sztuki w fotografii pomidora? Czy zdjęcie jaj faszerowanych może poruszać? Po wernisażu wystawy fotografii kulinarnej “Apetyt na Sztukę” odpowiedzi na te pytania nie będą stanowiły problemu.




Wernisaż pierwszej w Białymstoku (a prawdopodobnie również w Polsce) wystawy blogerskiej fotografii kulinarnej “Apetyt na Sztukę” można umieścić już na półce z napisem “historia”. To jednak jedna z tych historii, do której często będziemy ( my czyli organizatorzy: Sandmanowie i Kulinarki) wracać pamięcią, chociażby przy okazji kolejnych eventów Zainteresowanie białostoczan wystawą, zdjęciami kulinarnymi stanowi “produkt uboczny” rosnącego prestiżu gotowania. Popularność tematyki kulinarnej pozwala nam nam śmiałość w planowaniu tego typu wydarzeń w przyszłości.








Swoje prace zaprezentowali autorzy blogów: Banana pepper, Chili czy wanilia, Sweetshoop, Na Cztery widelce, Gotuj z Misiem, Twardy Szparag, Z miłości do jedzenia, Kopalnia Smaków, Same Dobre Rzeczy, Eko Quchnia i Mr. & Mrs. Sandman - łącznie 33 fotografie. Nie stawialiśmy żadnych ograniczeń tematycznych. Na wystawie zaprezentowaliśmy zarówno fotografie chleba, słodkich wypieków, jak i wytrawnych przekąsek. Zaskoczyć mogła nie tylko frekwencja, ale również podejście gości do pokazanych prac. Wchodzono ze sobą w dyskusje na temat wyższości bułki z makiem nad sorbetem, na temat kompozycji, formy, kontrastów, kolorystycznych zestawień, do fotografii podchodząc w sposób analityczny, doceniając warsztat artysty, jak i przedstawioną przez niego potrawę. Dzięki temu można było poczuć się, jak w prawdziwej galerii sztuki...









Czym kierowano się, wybierając zwycięzcę w plebiscycie na Najsmaczniejszą Fotografię? Kompozycją, formą, nasyceniem kolorów czy może własnym... apetytem? Oko oraz kubki smakowe przybyłych gości pobudziło zdjęcie autorstwa  naszych skromnych osób - Verrines w kieliszkach, czyli prostej, acz efektownej przystawki z serkiem, kiełkami i łososiem. Jeśli w kontakcie z fotografię kulinarną przypominamy sobie smaki dzieciństwa lub w wyobraźni sięgamy po wyimaginowaną łyżeczkę, oznacza to sukces fotografa.





Sekrety fotografii
Jednym z ważnych punktów wieczoru było również wystąpienie Przemka Sejwy ze Studio Wasabi. Profesjonalista specjalizujący się m.in. w fotografii kulinarnej zdradził, jak powstają zdjęcia, które widzimy w magazynach, reklamach oraz książkach kucharskich oraz podpowiedział, jak sprawić, aby nasze potrawy na fotografiach wyglądały jeszcze bardziej apetycznie. Sukces fotografa to ukazanie w piękny sposób dania, które ze swojej natury często jest niefotogeniczne (jak np. zupy, które sfotografować jest bardzo ciężko).
Czym różni się typowa wystawa w galerii sztuki od wystawy fotografii kulinarnej organizowanej przez blogerów? Degustacją zamiast wina! Bo nic tak nie pomaga w odbiorze sztuki, jak puszyste muffinki, rurki z niebiańskim kremem, sezamowe ciasteczka, mus czekoladowy z malinami.





Wystawa zorganizowana przy pomocy OKI DOKI art, am coś tam, Przemka Sejwy ze Studio Wasabi oraz nfoto będzie dostępna do obejrzenia co najmniej do końca miesiąca.

W tym momencie jeszcze raz serdecznie dziękujemy sponsorom, bez których cały projekt z pewnością wyglądałby inaczej: Jesteście wielcy, dziękujemy!





Jak było? Po co to wszystko? Czy ktoś to w ogóle oglądał? Sprawdzić możecie dzięki tym videorelacjom.  Niezmiernie cieszymy się, że tendencja jest wzrostowa i tym razem są to aż 3 relacje. Obserwujemy wzrost zainteresowania kulinariami nie tylko wśród hobbystów i pasjonatów ale również w mediach, które to zaczynają widzieć w tym temacie inspirację do interesujących materiałów. TV Białystok, fakty Białystok i Wojtek Oksztol/Kulinarne Portrety - jesteście wspaniali a my jesteśmy zobowiązani!
Dzięki uprzejmości red. Konrada Sikory i radia Akadera mieliśmy przyjemność odbyć "pierwszą wizytę z blogiem w radiu". Blogowi bardzo się podobało, nam również gdyż nie mogliśmy przestać nawijać i tylko konieczność przeczytania serwisu informacyjnego wygoniła nas ze studia...













poniedziałek, 25 marca 2013

Tatar z łososia na łodygach szczypiorku


Zajęcia techniczne były szkołą życia! Zimą na lekcjach uczyliśmy się dziergać serwetki na szydełku, robić szaliki na drutach, przyszywać guziki. Kiedy jednak przychodziła wiosna, wychodziliśmy do szkolnego ogródka. Największą frajdę dawały nam jednak... doniczka i cebulki. Cebulkę sadziło się w ziemi, codziennie się ją podlewało i pielęgnowało. Czy hodowanie szczypiorku może być emocjonujące? Oczywiście! Każdy z uczniów niecierpliwie przyglądał się podpisanej swoim imieniem doniczce, pragnąc, by szczypiorek wyrósł jak najszybciej. Obstawialiśmy wyniki, stawiając na szczęśliwe kłącze gumę do żucia, co to były za czasy! Po co o tym piszemy? Aby pokazać, że szczypiorek nie musi być nudny. A w czasie świąt monopolu na niego nie mają tylko jaja z majonezem. Rumieńców nabiera w zgoła innym połączeniu - z tatarem z łososia.



Tatar z łososia na łodygach szczypiorku


Składniki:
400 g świeżego filetu z łososia bez skóry
łyżka Oleju Kujawskiego z pierwszego tłoczenia
łyżeczka sosu Worcester
dwie łyżki wytrawnego wina Riesling
drobny pęczek szczypiorku
sól i świeżo mielony pieprz

Porcje: 2
Czas: 10 minut + 30 minut na schłodzenie

Wybieramy najładniejszą, środkową część filetu z łososia, wycinamy ciemniejsze miejsca. Kroimy rybę na cienkie plasterki, następnie siekamy na drobne kawałeczki. Łączymy mięso z odrobiną oleju, sosem Worcester oraz winem, doprawiamy solą i pieprzem do smaku. Dokładnie mieszamy, aby wszystkie składniki połączyły się. Przystawka jest klasyczna, elegancka winna więc się odpowiednio prezentować. Układamy tatar warstwami w okrągłej foremce (jeśli nie mamy pod ręki silikonowej, posłużmy się słoiczkiem lub niewielkich rozmiarów miseczką). Na ⅓ oraz ⅔ wysokości układamy ciasno przycięte łodygi  szczypiorku. Odstawiamy do lodówki na min. 30 min. Podajemy schłodzony w towarzystwie lampki białego, wytrawnego wina.


***
Do tatara używamy świeżej, nigdy nie mrożonej ryby. Można kupić gotowy filet, warto jednak pokusić się o samodzielne filetowanie. Tusza jest tańsza a z niewykorzystanych elementów (głowy, ogona, grzbietu) przyrządza sie znakomitą zupę. Po czym poznać świeżą rybę? Przede wszystkim w sklepie winna być przechowywana na lodzie. Oczy ryby mają być błyszczące, skrzela czerwone zaś łuski gładkie, niepokryte dużą ilością śluzu.

Smacznego życzą,
Mr. & Mrs. Sandman


Przepis jest częścią projektu przygotowanego wspólnie z serwisem zPierwszegoTloczenia.pl Powyższą recepturę oraz 9 innych naszych propozycji, dedykowanych wielkanocnemu świętowaniu, znajdziecie w e-booku "Wielkanocna książka kucharska", której mamy przyjemność być współautorami.
Bierzcie z tego wszyscy, dzielcie się i przygotowujcie się na Tą, najważniejszą niedzielę w roku  :)

Książka dostępna jest do darmowego pobrania po kliknięciu w baner.



niedziela, 24 marca 2013

Zrazy wołowe z jajkiem w bekonowym garniturku

Wołowina dopiero nieśmiało debiutuje na polskich stołach, a my raczkujemy w tematyce jej przyrządzania, obróbki i podania. Święta są więc idealnym momentem na stanięcie w szranki ze swoim strachem oraz stawienie czoła... pięknemu kawałkowi wołowej polędwicy. Nic bowiem nie uwieńczy tak świątecznego dnia, jak porcja aromatycznej, miękkiej wołowiny, przesadą nie będzie też plasterek boczku, jajko zaś - li i jedynie koniecznym podczas wielkanocnych obchodów dodatkiem. Wyobrazić sobie wystarczy zdziwione spojrzenie teściowej i zakochane wejrzenie teścia - Święta będzie można zaliczyć do udanych.





Zrazy wołowe z jajkiem w bekonowym garniturku



Składniki:
600 g polędwicy wołowej (4 plastry o gramaturze ok. 150 g)
2 jajka
4 cieniutkie plastry chudego, wędzonego bekonu
2 łyżki oleju  Kujawskiego z pierwszego tłoczenia
świeżo zmielona sól morska i czarny pieprz
4 łyżki miękkiego masła
2 łyżki posiekanych ziół (szczypiorek, natka pietruszki)

Porcje: 2
Czas: ok. 25 min

Jaja gotujemy na twardo, schładzamy, obieramy ze skorupki, przekrajamy wzdłuż. Połówki jajek owijamy ciasno plastrami bekonu. Masło łączymy z posiekanymi ziołami. Miso kroimy w centymetrowe plastry, przy pomocy tłuczka oraz folii spożywczej (okrywanie mięsa folią zapobiega odpryskom) rozbijamy je na 3-4 mm. Na płatach rozkładamy połówki jajek w bekonowym garniturku. Zwijamy zrazy, zaczynajc od boków, następnie wzdłuż . Dociskamy dłońmi, w razie potrzeby spinamy wykałaczką. Mięso skrapiamy olejem, obficie oprószamy solą i pieprzem z każdej strony. Rozgrzewamy piekarnik do 200 st. C (termoobieg). Idealnym rozwiązaniem jest użycie patelni, którą można umieścić w piekarniku, dzięki czemu mięso nawet przez chwilę nie traci temperatury. Jeżeli nie mamy takowej, używamy dwóch naczyń: patelni i brytfanki.
Na mocno rozgrzaną patelnię wylewamy łyżkę oleju, smażymy zrazy przez minutę, obracając je co kilkanaście sekund. Podsmażone z zewnątrz mięso umieszczamy w piekarniku na ok. 5 min. Kiedy mięso rozpada się pod naciskiem widelca, jest gotowe. Podajemy z plasterkami ziołowego masełka, które rozpuszczając się na gorącej potrawie, nada jej niepowtarzalnego charakteru.


***
W bardzo łatwy sposób można stworzyć domowe masełka smakowe. Miękkie masło wystarczy połączyć (przy pomocy własnych dłoni) z wybranymi dodatkami: listkami mięty, skórką z cytryny, posiekaną papryczką chili, ziołami. Następnie zawijamy je w papier do pieczenia, formujemy rulon i skręcamy z obu stron jak cukierek. Takie masełko można przechowywać w zamrażarce przez kilka miesięcy, korzystając doraźnie, gdy tylko zajdzie taka smaczna potrzeba.


Smacznego życzą,
Mr. & Mrs. Sandman




Przepis jest częścią projektu przygotowanego wspólnie z serwisem zPierwszegoTloczenia.pl Powyższą recepturę oraz 9 innych naszych propozycji, dedykowanych wielkanocnemu świętowaniu, znajdziecie w e-booku "Wielkanocna książka kucharska", której mamy przyjemność być współautorami.
Bierzcie z tego wszyscy, dzielcie się i przygotowujcie się na Tą, najważniejszą niedzielę w roku  :)

Książka dostępna jest do darmowego pobrania po kliknięciu w baner.



sobota, 23 marca 2013

Tarta bakaliowa na podstawie "panforte"


Orzechy, owoce kandyzowane, miód, cynamon pysznią się w bożonarodzeniowych ciastach i babach, zawłaszczają sobie świąteczne menu, obezwładniają wyobraźnię i zmysły. Wystarczy zapalić świece, powiesić na choince zdobione bombki - wiemy już, że nadeszły długo oczekiwane Święta. A gdyby tak... zamienić gałązki świerku na wiosenne kwiaty, a bombki na pisanki? Schować do szuflady obrus w renifery i wyciągnąć serwetki z aplikacją w tulipany? Jesteśmy bowiem przekonani, że bakalie to składnik typowo świąteczny, który równie dobrze odnajdzie się w wielkanocnej stylizacji, dumnie prezentując się w towarzystwie mazurków i lukrowanych baranków.





Tarta panforte


Składniki:
240 g mąki pszennej
60 g cukru
130 g margaryny Palma z Kruszwicy
3 łyżki zimnej wody
150 g orzechów (np. włoskie, migdały, laskowe)
150 g owoców kandyzowanych
½ szkl. miodu
100 ml śmietanki kremówki
5 łyżek cukru pudru
łyżeczka cynamonu

Porcje: 12
Czas: 1,5 godziny + chłodzenie

Sekretem przygotowania idealnej tarty jest... temperatura! Dzięki zawartości tłuszczu ciasto może pochwalić się pożądaną kruchością. W temperaturze pokojowej spód tarty zaczyna mięknąć, dlatego też pomiędzy kolejnymi etapami niezbędne jest jego schładzanie. Dzięki temu ciasto zgęstnieje, jednocześnie zachowując kruchość, a my z łatwością je rozwałkujemy. Jeśli zaś zależy nam na czasie, możemy wsunąć tartę na chwilę do zamrażalnika.

Do miski wsypujemy mąkę, cukier, wlewamy 3 łyżki wody i dodajemy pokrojoną w kostkę zimną margarynę. Składniki rozdrabniamy w palcach, aż uzyskamy drobne okruchy. Następnie zagniatamy ciasto - stanie się elastyczne i gładkie. Zawijamy je w folię spożywczą i wkładamy na pół godziny do lodówki. Po tym czasie wałkujemy i wykładamy nim wysmarowaną margaryną i posypaną kaszą manną formę do tart (średnica 28 cm). Wsuwamy do lodówki na kolejne pół godziny, a po wyjęciu nakłuwamy powierzchnię ciasta, aby nie urosło i zamykamy je w nagrzanym piekarniku. Pieczemy 20 minut w temperaturze 180 st. C (termoobieg). Teraz możemy przygotować nadzienie! Prażymy orzechy na rozgrzanej patelni, a w garnuszku rozpuszczamy miód, dodając śmietankę, cukier puder i cynamon. Kiedy spód tarty się upiecze, wysypujemy orzechy oraz owoce i zalewamy je miodową masą. Dopiekamy jeszcze 40 minut w temperaturze 140 st. C.

Smacznego życzą,
Mr. & Mrs. Sandman



Przepis jest częścią projektu przygotowanego wspólnie z serwisem zPierwszegoTloczenia.pl Powyższą recepturę oraz 9 innych naszych propozycji, dedykowanych wielkanocnemu świętowaniu, znajdziecie w e-booku "Wielkanocna książka kucharska", której mamy przyjemność być współautorami. Bierzcie z tego wszyscy, dzielcie się i przygotowujcie się na Tą, najważniejszą niedzielę w roku  :)


Książka dostępna jest do darmowego pobrania po kliknięciu w baner.



Zobacz także

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...